Inne


Te rzeczy też mają miejsce w moim życiu, choć obecnie nie są pierwszoplanowe...


Scenografia

Specjalizuję się
w kompleksowym projektowaniu scenografii konferencyjnej, oraz w nadzorze nad realizacją wybranej koncepcji.
Za najważniejszą uważam spójność i jednorodność projektu.

Podróże

Od ponad dziesięciu lat pasjonuję się podróżami,
nie tylko egzotycznymi. Jeździmyzazwyczaj razem - ja i mąż mój Marcin Konopka.

Próby prozatorskie

Wiolonczela

Dziwne było już to, że zaprosiła  go na koncert. Po tylu latach niewidzenia, po tylu niewysłanych listach, chorych z tęsknoty nocach, lepkich do bólu myślach. Siedział na niewygodnym krześle w  Filharmonii Warszawskiej, a zimne światło beznamiętnego żyrandola ślizgało się po ciemnobrązowej drewnianej balustradzie, potęgując jeszcze wrażenie wizualnej nijakości sali. Być może taki zabieg wprowadzono celowo, w świątyni muzyki nie mogło być miejsca na rozpraszające bodźce wizualne, żadnego wytchnienia  dla zmęczonego, storturowanego mózgu. Przypominało to trochę protestanckie świątynie, będące domem surowszego Boga. Widział jak weszła na scenę, żeby zająć swoje miejsce (być może wcale nie nazywa się to scena, zauważył przelotnie w myślach, kiedyś wiedziałem takie rzeczy). Ciemne gładkie włosy nienagannie spięte srebrną klamrą, ledwie muśnięta różem skupiona powaga oblicza, drobne ręce bez ozdób i biały kołnierzyk. Nie zauważał brzydoty spódnicy kończącej się  tradycyjnie w połowie łydki, uważał to zresztą za coś w stylu stroju roboczego muzyczek. Zachłannie patrzył jak z czułością dotyka instrumentu, wsłuchuje się w jego brzmienie by wyłapać tę właściwą nutę, jak przechyla się pod jego słodkim brzemieniem. A zatem przyszedł, ciekawe. Nie bardzo wiedziała, co o tym sądzić. Zaproszenie było przecież dość zdawkowe. Spotkali się  teraz prawie przypadkiem.  Zazwyczaj myślała o Gawle ciepło, tak jak się myśli o pierwszych chłopakach, tych od “chodzenia”,  nie  tych od “tworzenia związku”. Potem przeraził ją trochę swoją determinacją i zacięciem. Zaborczym i uporczywym czekaniem na jej łaskę. Delikatne sugestie nic nie dawały – musiał  w końcu usłyszeć jasne i zdecydowane: “NIE”. Ale to też było kilka lat temu. Nie widzieli się  długo. Miała zatem podstawy sądzić, że od tego czasu mu przeszło, że znalazł sobie kobietę, ba może nawet ożenił się... Pewnie przyszedł z ciekawości, zobaczyć jej profesjonalny występ.


Kiedy rozpoczął się koncert, jak zwykle nie mógł się skupić, pozostawała tylko powolna bolesna obserwacja. Mijały sekundy, składając się w minuty, a on wypalał ten obraz w sercu, czując jak przemija. Alina, Alina, Alina. Bezsilnie zaciskał pięści, aż paznokcie wyżłobiły mu w dłoniach czerwone bolesne dołeczki, a jej nie drgnął nawet żaden mięsień, żaden kosmyk włosów  nie wysunął się z koka, wszystkie ruchy precyzyjnie zaplanowane i konieczne. Powtarzał: nie patrz i patrzył. Wyobrażał sobie rozgrzany nad palnikiem gazowym śrubokręt, którym się robi dziury odpływowe w doniczkach. Gorący metal  przenika przez plastik jak by topił masło, to on był tą doniczką, bez wątpienia... poczuł się jakby chwilowo lepiej. Muzyka ucichła. To chyba dlatego się nie rozumieli, ich wrażliwość obracała się na różnych płaszczyznach. A może ona była bardziej wrażliwa od niego?  Znów zaczęli grać. Tylko raz spotkały się ich oczy tego wieczoru. Gdy muzycy kłaniali się już po występie, omiotła salę czujnym spojrzeniem, rejestrując wszystkie szczegóły, jakby zupełnie nie znała tego pomieszczenia. Potem popatrzyła na zgarbioną sylwetkę na balkonie, niby to przypominając sobie o nim.  A on patrzył na nią, cały czas, zachłannie, bez reszty. Mimowolnie wzdrygnęła się, przecież nie mógł o niej nadal myśleć... Ale dwie pary brązowych tęczówek spotkały się nienaumyślnie, wbrew woli właścicieli. Alina - Gaweł. Gaweł – Alina. Jakaś informacja została wymieniona, zazębiły się ponownie dwa kółeczka w maszynie rzeczywistości. Zgrzyt. Nie mogę mu tego robić – pomyślała – to był błąd zapraszać go na koncert. Jest mi w dziwny sposób bliski, ale przecież nie kocham go i nie będę już nim zauroczona. Ale głupia sytuacja... znowu się w to wpakowałam... eee... nie bedę się tym martwić... I wyrzuciła go z myśli.

                Rankiem  Gaweł obudził się rozpamiętując swój sen. Wszystko w nim było proste, dostał gotowe odpowiedzi.  Przyszła do niego  i mówiła długo, a on śmiał się i z niedowierzaniem brał ją w ramiona. Długie włosy, jakie nosił przed pięciu laty, rozwiewał ciepły wiatr. Spokojna pewność i prostota człowieka, który wie co zrobić z życiem nie opuszczała go aż  do śniadania. W doskonałym humorze pozmywał naczynia. Zaraz usiądę do pracy, powiedział sobie pełen animuszu. Umył zęby i postanowił wycisnąć kilka syfów. Poczuł ulgę, gdy podskórna torebka otworzyła się z cichym puknięciem i biała maź trysnęła na lustro oraz palce. Jeszcze tylko jednego, pomyślał. Po godzinie napuchnięta skóra zaczęła boleć, a liczne czerwone plamy i ranki nie dawały się oszukać polewaniem zimną wodą. Gdyby był kobietą mógłby użyć chociaż fluidu. Zirytowany na siebie włączył telewizor i przeleciał po kanałach, wysłuchał wiadomości, trafił na powtórkę teleturnieju, kawałek filmu... Miałem dziś popracować, niedobrze. Acha, muszę zdjąć pranie, nikt tego nie zrobi za mnie. Za pół godziny się ze wszystkim wyrobię i usiądę do  komputera. No dobrze może to będzie 40 minut. Niesforne myśli odwlekające pracę obległy go ze wszystkich stron. Gdy już podlał kwiatki, pościelił łóżko i ułożył rzeczy w szafce, zgłodniał. Zaczął myśleć nie tylko o drugim śniadaniu, ale i o obiedzie. I tak to muszę zrobić, usprawiedliwił się przed sobą samym, jadanie na mieście jest niezdrowe, dodał po namyśle. Czas rozlewał  się złotymi smugami słońca po podłodze karmiąc kolejne rośliny swoim światłem. Krzątając się po kuchni widział swoją przyszłą sławę. Gdy tylko uda mu się wziąć do pracy, gdy usiądzie i skupi myśli. Wiedział, że musi pokonać leniwą bezwładność swojego mózgu, swoje rojenia o wielkości i chwale. Idę do kompa, nakrzyczał wręcz na siebie. Usiadł na krzesełku i włączył maszynę... Najpierw oczywiście sprawdził pocztę. Odpisywanie na listy zajęło mu godzinkę. Poczuł nagle, że ma mało czasu, przecież po południu ma pracę, te nędzne fuchy, które pozwalają mu jakoś związać koniec z końcem.  Oczywiście tak naprawdę są niegodne jego zainteresowania. Ale jeszcze zostało trzy i pół godzinki, przez ten czas na pewno coś zrobi, ruszy chociaż z miejsca. Palec ciężko zawisł nad klawiszem enter (przecież nic się nie stanie gdy zagram sobie ten jeden jedyny raz). Postanowił, że zagra później. Otworzył swoje pliki i zaczął bezradnie patrzeć w ekran. Musi jednak zagrać, żeby zebrać myśli, zresetować to, co nazbierało mu się w mózgu od rana... Zostało jeszcze półtorej godziny do wyjścia. Tak przecież nie można. Ponownie popatrzył na swoje pliki, tu trzeba by wejść głęboko  w istotę problemu, przełamać się. Wydało mu się, że jego mózg ma niezliczoną ilość  maleńkich łapek i że wszystkie te łapki odpychają od siebie ten ciężar. Westchnął; zmienię się, naprawdę, muszę, inaczej niczego nie osiągnę. I co z tego, że coś bym osiągnął, jeśli bez niej... Bolesne wspomnienie o niej stało się bezpieczną deską ratunku dla jego myśli. Przyglądał się swojej niedoszłej pracy deprecjonując jej wartość. Z ulgą pogrążył się w masochistycznym rozdrapywaniu swojej rany.

                W mieszkaniu  natarczywie zadzwonił dzwonek. Uśmiech zamarł  na jej wargach. Wiedziała kto mógł stać za cienkimi drzwiami.  Bała się.  Tu nie działał jej urok osobisty, ani żadne techniki kontaktu interpersonalnego, ani w ogóle, zupełnie nic... To nie biedny Gaweł, ani żaden z jej adoratorów, których można łatwo zmanipulować. Starała się nie oddychać, nie wydawać z siebie żadnego szmeru, przestać na chwilę istnieć, roztopić się w dusznym powietrzu. Półmrok był jej sprzymierzeńcem. Dobrze, że nie zapaliłam światła, pomyślała. Dzwonek odezwał się ponownie, i wydawało się, że w dzwonieniu tym słychać  niecierpliwość i złość. Poczuła silny skurcz nad spojeniem  łonowym, aż zabrakło jej tchu. Nadwrażliwe wnętrzności zawsze w ten sposób mściły się  za stres. Gardło zaciśnięte aż do bólu, lepkie stróżki potu pod pachami. Napięte oczekiwanie na kolejny atak. Miarowy rytm zegarka pozostał jednak niezakłócony żadnym innym hałasem. I jeszcze chwila... Zupełnie nic. Wciąż jeszcze niepewna zakryła usta ręką, ale oddech wyrównał się, a serce przestało absurdalnie drżeć. Gdy po południu wychodziła na próbę, w skrzynce na listy znalazła awizo. A zatem to tylko listonosz... pomyślała z ulgą i zawodem jednocześnie.

                Po robocie wałęsał się bez celu przez cały wieczór. Może poszedłby na piwo, ale nie miał z kim. Przyjaciele chyba odsunęli się od niego. Często nie miał dla nich czasu, spóźniał się na spotkania, przesuwał je lub odwoływał. Istniała też druga strona medalu, czyli tak zwane stałe związki – zgnuśnienie, zadomowienie, nuda (i mała igiełka zazdrości w sercu). Tak, to ich wina pomyślał, siedzą wieczorami w domach, nie można się z nimi w ogóle umówić. Nie rozumieją mnie, nie chcą już mnie zrozumieć, zajęczał w duchu. Bez sensu.  Kopnął leżącą na ulicy butelkę, która potoczyła się po chodniku z prowokacyjnym brzękiem. Coś mogłoby się stać. W zielonym szkle smutno odbijały się pomarańczowe oblicza sodowych latarni. Ultramaryna i kobalt powoli ustępowały miejsca głębi błękitu paryskiego. Nie było zimno. Co dziwne nie było też ciepło. Naprzeciw niego szła spora grupka pijanych dresów. Mówili coś do siebie podnieconymi głosami.  Ileż można wyrazić za pomocą trzech  czy czterech odpowiednio odmienionych wyrazów. Aktualnie próbowali zrobić zrzutę na wódkę (najprościej, żeby przymusowo zrzucili się przypadkowi przechodnie). Ponadto uprzytomnił sobie, że mają na szyi klubowe szaliki . I teraz paliła go świadomość, że ma przy sobie znaczek konkurencyjnej drużyny i  że oni to zauważą. Oni to na pewno zauważą. Nogi instynktownie przyspieszyły, ale postanowił nie uciekać. Dobrze, niech już będzie, przyjmie to z godnością. Gdy go zatrzymają nie będzie prosił o litość. Nie da im też kasy. Zaatakuje zanim zdążą się przegrupować i go otoczyć. Jak w dobrym filmie. Najlepiej pierwszego w jaja  (psychologicznie), drugiego główką, potem trzeba będzie zablokować z boku rękę z nożem (na pewno mają nóż...), spokojnie i precyzyjnie wyreżyserowane ruchy – palec w oko trzeciemu... i w nogi. Nie miał wątpliwości, że może biec szybciej i dłużej niż oni. Czuł się pobudzony, krew szybciej krążyła w żyłach. Właśnie tak ich załatwi.  Szybka sprawna akcja... Kiedy ocknął się z zadumy usłyszał za sobą tylko cichnące kroki wesołej grupki. A zatem nic ode mnie nie chcieli... pomyślał z ulgą i zawodem jednocześnie.      

                Nazywam się Marek. Zazwyczaj biorę życie pozytywnie. Od dwóch tygodni przedzieram się przez kambodżańską dżunglę. Uprzedzając Wasze pytanie – mam wykrywacz metalu. Postanowiłem napisać do Was te kilka słów  (choć wątpię, by ktoś je odnalazł jeśli  tutaj zginę) bo od tygodnia towarzyszy mi irracjonalne poczucie lęku. Nie żebym był strachliwy, zawsze śmiało wchodziłem w najbardziej ryzykowne sytuacje, ekstremalne warunki, najtrudniejsze wyzwania... Ale to co teraz czuję nie jest naturalne, tak jakby ktoś wtłaczał mi do głowy ten stan. Podwyższona czujność, kłujący jak moskity niepokój. Jakby wokół rosły same trujące rośliny... Na razie jestem w spokojnej okolicy – z daleka od  uzbrojonych przemytników zabytków i terenów zaminowanych. Dotarłem dziś do małej wioski, której senność pozwoliła  trochę zapomnieć o moim lęku. Wszystko, czego dotąd doświadczyłem podczas mojej wędrówki, zapisywałem sumiennie w Dzienniku Podróży. Pozdrawiam serdecznie. Marek.
List został starannie złożony i  obklejony taśmą – całkowicie wodo- i plamoodporny – a następnie schowany do małej saszetki noszonej na piersiach, jak irracjonalna gwarancja  nietykalności. Inne wiadomości, dla rodziny i przyjaciół, powędrowały do kopert i miały czekać na lepsze czasy (czyli obecność skrzynki pocztowej). Nie spiesząc się, zjadł śniadanie i wyruszył w drogę. Niektórzy uważają wędrówkę przez tropikalny las za przykre, mało ekscytujące i męczące zajęcie, lecz dla Marka była to sama poezja życia. Mógł długo iść bez zmęczenia, a przyroda stanowiła niewyczerpane źródło jego fascynacji. Strach, a może lęk? Chyba raczej strach... upokarzający niepokój. Nie! Dość. Nie może o tym myśleć, teraz gra inną rolę. To będzie rola życia. Musi być. Nikt jej tego nie odbierze, nie zakłóci planu, w który zainwestowała tyle sił i środków. Jest mocna jak głaz, skała.

Wcale się nie boję. Strach to przywilej tchórzy. Zwalczę go, stłamszę, ścisnę w zarodku. Niepokój dusznego lasu – to tylko złudzenie: “marność  i pogoń za wiatrem”. Wydawało się mu, że jest panem swojej ścieżki. Trzeba iść, do przodu iść. Dlaczego się boję? Zapytał siebie. Nie mam przecież żadnych podstaw. Odkąd wróciła w moje życie nie mam się czego bać. Trochę więcej bólu, to nic. To nawet lepiej, bo prawdziwiej. Skąd zatem ten stan podświadomego przerażenia? To nie jest mój strach, zreflektował się po chwili. On przychodzi z zewnątrz... jakby od kogoś innego... sączy się w mój mózg.    


Siedziała  na barbakanie. Ubrana w koszulkę na cienkich ramiączkach i zwiewną spódnicę do kolan (z rozcięciem do połowy uda).  Nogi, nie bardzo opalone, ostrym kontrastem odcinały się od   starego muru. Jak widać nie bała się, że dostanie “wilka” siadając na tej zimnej powierzchni. Nikt nie wie, czym naprawdę jest  “wilk”, ale wszystkie mamy straszą tym dziewczynki już od najmłodszych lat, pozbawiając je  wielu przyjemności wynikających z nieskrępowanego  siadania na czymkolwiek. Czarne espadryle na wysokim koturnie zalotnymi wężykami oplatały łydki dziewczyny. Włosy rozwiewał jej wiatr. Wiolonczela leżała niedbale obok.
– Zagraj mi coś – poprosił.
– Nie chce mi się tutaj grać – powiedziała  lekceważąco wskazując nielicznych przechodniów.
– To zagraj mi w domu...
– Po co?
– Zagraj...
Zeskoczyła z murku i sprawnie zapakowała instrument  do futerału.
– Chodźmy – powiedziała.
Kostki bruku szybko migały pod podeszwami. Nie było czasu dokładniej przyglądać się ich kolorom  i kształtom.  Piersi dziewczyny nie skrępowane stanikiem radośnie podskakiwały  akcentując marszowy rytm wybijany przez stopy. Czarna koszulka oblamowana delikatną koronką stanowiła jedyny ich ogranicznik. wydawało się, że wcześniej, czy później  choć jedna na chwilę wyskoczy na zewnątrz, ciekawa świata. Doszli jednak do przystanku. W tym momencie Alina obudziła się. Rozpamiętywała swój sen, jego niewinną pikanterię i żałowała, że nie wyśnił się dalej. Budzik jednak dzwonił nieubłaganie. Wyłączyła go. Tak naprawdę nie lubiła budzić się  budzikiem, zabierał ciekawe sny, urywał je w pół zdania, zanim zdążyły nabrzmieć kolorami. Wolała wysypiać się bezkarnie, błądząc po krainach Morfeusza. Lub, jeśli trzeba było wcześnie wstać,  przechytrzać budzik i samoistnie przebudzać się tuż przed jego nieprzyjemnym dźwiękiem. Na tych rozważaniach upłynęło jak zwykle kilka minut. Obleśne obowiązki wzywały jednak nieubłaganie.  Lekceważąc protesty organizmu, powlokła się do łazienki, by ulżyć pęcherzowi i wypłukać usta z nocnego posmaku. 


Gawła obudził ból głowy. Otworzył oczy, z trudem rozklejając powieki. Była  ósma dziewiętnaście. To zdecydowanie za wcześnie by wstać, pomyślał i ziewnął,  przełamując bezwiedny szczękościsk. Lewa strona  czaszki pulsowała jednostajnym bólem, jakby ktoś uderzył go w głowę kamieniem. Ręką delikatnie przesunął po włosach – czerep był cały, no bo jakże by inaczej, no przecież nie spadł z łóżka... Nie bądźmy dziecinni, co mogło mu się stać w nocy, we własnym domu?  Uniósł się na łokciach, ale niezbyt wysoko i z głośnym syknięciem opadł z powrotem na poduszki. Odczekał chwilę i ponowił próbę. Ból, jak wielki świder wirtualnie trepanował jego czaszkę. Uśmiechnął się, tym niesympatycznym grymasem oznaczającym “wcale mnie tak nie boli”. Raz jeszcze pomacał miejsce rzekomego urazu. Pomodlił się krótko. Nie wpłynęło to na pogłębienie dolegliwości. Spróbował chwilę pomyśleć – nie pił wczoraj, nie ma chyba gorączki, nie uderzył się... Dla pewności pomacał się po czole – było chłodne. To dobrze, bo i tak nie miał termometru. Potem zaniepokoił się. Coś było nie tak, ale co? Głowa nigdy go nie bolała bez powodu... Gdy analizował ten temat, nieprzyjemne uczucie stawało się dotkliwsze, dochodziło jakby delikatne pulsowanie. Uciekł  z myślami. Pomogło. Wewnętrzny impuls podpowiedział mu, że rzeczywiście coś się nie zgadza, a nagły młotek bólu dosłownie wgniótł go w pościel. Zdezerterował mentalnie. Na wewnętrznych palcach zaczął delikatnie obchodzić źródło dolegliwości. Z najwyższym skupieniem przemieszczał w czasie i przestrzeni swój  cierpiący organ, jak absurdalną kulę z porcelany. Ułożył ją na boku i skulił się troszeczkę. Ahoj  Kapitanie!  Skąd się wzięły te wysokie fale? Przecież nie mogę zwymiotować na kołdrę! Pomyślał w panice... Oddycham.  Leżę, leżę sobie spokojnie. Ale dobrze, już lepiej.  Szary lepki poranek kołysał swoją monotonią. Co za ulga! Byle się tylko za bardzo nie kręcić. Można po prostu leżeć i nic nie myśleć i spokojnie... Przezornie ułożony na prawym boku, nasz bohater zapadł w płytki, niespokojny sen.


Specjalnie wyszła z domu kilka minut wcześniej, żeby zdążyć odebrać list na poczcie i teraz siedziała w autobusie pogrążona w lekturze. Starsza pani, której nigdy by o to nie podejrzewała, ciekawie zaglądała jej przez ramię. Demonstracyjnie odwróciła się, uniemożliwiając staruszce lekturę. Skrzypnęły zawiasy starych szczęk i kobieta odezwała się:
– I tak nie mam okularów.
Alina postanowiła zbyć to milczeniem. Lektura sprawiła, że i tak piekły ją policzki, a nastrój ledwie trzymany na uwięzi, gotów był wyczyniać najdziksze figle.
– Mówię pani, że i tak nie mam okularów – powtórzyła  żelazistym głosem kobieta.
– Tak słyszę, rozumiem  – Alina zdecydowała się nie ignorować dziwnie brzmiącej staruszki.
– Pani nie rozumie – stwierdziła tamta.
– Przepraszam – machinalnie odpowiedziała jej zaczytana (właściwie w tej chwili tylko usiłująca czytać, czyli  “kiedy się pani odczepi”) Alina.
– Lepiej nie przepraszaj – odparła staruszka pouczającym tonem i z wyraźnym  zgrzytem podniosła się z miejsca. Alina nie podniosła wzroku, ale wyobraziła sobie, że kobieta ma dawno nie oliwione tytanowe stawy i wzdrygnęła się mimo woli.

Droga Alino!
Wybacz, że dawno nie pisałem, ale droga przez Azję wciągnęła mnie bez reszty. Tak jak uzgodniliśmy poprzednio, przesyłam Ci kolejną część moich wspomnień z podróży. Ufam, że tak jak zawsze, dokonasz koniecznych poprawek redakcyjnych i prześlesz ten tekst do wydawcy. Nawet nie wiesz ile dla mnie znaczy Twoja nieoceniona pomoc. Mam nadzieję, że “Wszystkie strony świata” ukażą się jeszcze w tym roku – pamiętaj, masz u mnie jak w banku 10% udziału w zyskach. Ta książka to moje najukochańsze dziecko, gdyby nie ona,  rzuciłbym pisanie przewodników turystycznych. Męczy mnie sprawdzanie bazy noclegowej i jadłodajni w każdym mieście i miasteczku. Czy wiesz, jak bardzo ogranicza to moją wolność? Ale cóż, zobowiązali się wydać moje wspomnienia, jeśli  zbiorę te cholerne dane. Tym się nie kłopocz, nie śmiałbym nawet obciążać Cię czymś takim,  wysłałem im to bezpośrednio, niech sobie poprawiają. Wszystkiego o mojej podróży dowiesz się z notatek, które Ci przesyłam. Opisuję tam szczegółowo dzień po dniu. Nie będę się zatem powtarzał. Dodam tylko, że momentami jest niesamowicie byczo! Czasem jednak ogarnia mnie dziwny niepokój. Staram się tym nie przejmować, bo prawdziwy podróżnik  nie może zbytnio ulegać emocjom. Ciekaw jestem, co u Ciebie? Mam nadzieję, że dobrze sobie radzisz w  zespole, że gracie dużo koncertów. Czy Twoje finanse się już poprawiły, tak jak miałaś nadzieję?  Nie przejmuj się kłopotami, śmiało idź do przodu. Pozdrów wszystkich, których spotkasz. Trzymaj się!
Marek P.S. Odpisz e-mailem, czy wszystko doszło (list i rękopis)


Przycisnęła list do policzka. Tyle do niej napisał, tylko do niej. Pamiętał o jej kłopotach! Wszystko napisane jego własną ręką. A w torbie czekał na nią cały zeszyt jego notatek, będzie go trzymała, tak jak on je trzymał. Zobaczy tam ślady jego emocji. Nie liczyło się miejsce, ani czas. Skupiła się mocno, zamknęła oczy. Wyobraziła sobie, że jest blisko niego... I nagle poczuła potężne łupnięcie bólu w czaszce. Nieprzytomnie popatrzyła w dół, jakby spodziewała się zobaczyć tam  odłupaną lewą stronę swojej głowy. Oczywiście nie była to prawda. Od rana zanosiło się na migrenę pomyślała.


Nie wiadomo kto i kiedy zaczął prowadzić pierwsze eksperymenty. Dość długo pozostawało to mrzonką pisarzy sience-fiction. Oczywiście na pewnym etapie badań potrzeba było ochotników.... Ludzie okaleczeni  przez życie nie bardzo się do tego nadawali. Trauma spowodowana wypadkiem zostawiała trwałe ślady w psychice, zacierała pamięć o ręce czy oku jako własnym narządzie. Sukcesem mogłyby ewentualnie kończyć się tylko operacje świeżych ofiar różnych tragedii. Trudno było jednak doprowadzić do takich zmian legislacyjnych, by szło to automatycznie, a uzyskanie zgody rodziny, czy pacjenta często przychodziło po czasie, gdy rana już zaczynała się  zabliźniać. Cóż, trudno. W takim wypadku zastosowano stary wypróbowany sposób – przeniesiono się dyskretnie w biedniejsze zakątki globu (jeśli nie wiesz jak zrobić coś niezbyt legalnego – jedź do krajów trzeciego świata i ogłoś, że płacisz ochotnikom po 200 USD). Proste i logiczne. Oczywiście, w krajach demokratycznych możesz czasami  legalnie prowadzić swoje eksperymenty na niewielką skalę, kierując się  przede wszystkim dobrem ludzkości oraz demokracją...


Siedział na dusznym ciemnym strychu. To była jego szkoła podstawowa z elementami starego domu ciotki na działce. Czuł że pomieszczenie, w którym się znalazł, w pewnym sensie  jest od niego mniejsze. Ale zaraz potem,  jako podeszwa buta widział zbliżające i oddalające  się szybko kostki brukowe, aż nagle poczuł, że coś go dusi,  pewnie wdepnął w gumę do żucia... Obudził się  na dobre, z poduszką na twarzy. Nic nie pamiętał ze swojego snu. Głowa właściwie przestawała boleć. Poczuł, że trzeba wstać. Gaweł na serio rozpoczął walkę z kolejnym dniem życia. Przedzierał się przez duszne korytarze wyobraźni, toczył dysputy ze swoim mózgiem – “wstańmy i zróbmy coś konstruktywnego”. Dlaczego ten cholerny dzień znów otacza aura nierealności? Nigdzie nie idę, do nikąd nie dążę... Skończyłem studia, naukę. Zarabiam pieniądze, bo muszę za coś żyć. Nie ma  takiego etatowego zajęcia, które sprawiłoby mi satysfakcję. Jeśli sam  sobie nie narzucę dyscypliny, nigdy nie zrobię nic wartościowego. A jeśli nie dam się poznać środowisku teraz, to potem będzie za późno... “ Taki młody, a już taki nieznany” – kto to powiedział? Nieważne, chodzi o tę ironię w stosunku do młodszego kolegi... Zauważmy tutaj na marginesie, że kierunek, który ukończył Gaweł, nie ma żadnego znaczenia dla jego stanu ducha. Naturalnie rozterki takie rzadziej dotykają pragmatyków (ekonomistów, finansistów, “politechników” czy nawet lekarzy), ale na pewno każdy z Was zna choć jednego absolwenta Wyższej Uczelni w takim  stanie (czasem trwającym permanentnie do końca życia). Pracuj, Gawle, pracuj. Może rozerwiesz to płótno nierzeczywistości, może zaczniesz żyć? Podnosi się wreszcie powoli. Przypomina sobie o modlitwie porannej. Zastanawia się, że gdyby może... tak na serio, do końca... Lecz jak zawierzyć gdy On gdzieś poza kurtyną zdarzeń, nieuchwytny, nie rozpoznany. Siłą słabej woli, bez zbytniego natężenia uwagi, ale jednak z nadzieją, niestety bez poznania, tak trochę jakby był to związek bez zobowiązań, płyną znane słowa
Ojcze Nasz, któryś jest  w Niebie,
Święć się Imię Twoje,
Przyjdź Królestwo Twoje,
Bądź Wola Twoja,
Jako w Niebie, tak i na Ziemi
Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj
I odpuść nam nasze winy,
Jako i my odpuszczamy naszym winowajcom
I nie wódź nas na pokuszenie,
Ale nas ode złego Amen
Zdrowaś Mario, Łaski Pełna
Pan z Tobą, Błogosławionaś Ty...  Trochę stracił wątek, zamyślił się, słowa pomyliły... gdzie byłem?  Chyba... Teraz i w godzinę śmierci naszej Amen. Przeżegnał się pełen animuszu, wstał i... na tyle starczyło mu  werwy. Werwy – nerwy zrymował, jakby usłyszał narratora. Gawle, kukiełko bez wolnej woli, idź do łazienki. Sąsiedzi mogą usłyszeć, że długo polewa się wodą z prysznica. Znowu całe lustro zaparowało, trzeba zostawić drzwi otwarte, żeby pomieszczenie się przewietrzyło, bo inaczej wilgoć, pleśń i drzwi się wypaczą. 

Szedł przez dżunglę cicho, delikatnie, starając się nie płoszyć jej egzotycznych mieszkańców. Parne powietrze przeszywał tylko czasem zdecydowany świst jego maczety. Tropikalny las żył, dzwonił, śpiewał dziesiątkami ptasich odgłosów.  Gdzieś przejmująco warczały  termity. Atmosfera gęstniała, jak pęknięta rura ściskana obejmą hydrauliczną, jak śpiwór w ciasnym worku. Zanosi się na deszcz, pomyślał Marek, monsun jest wyjątkowo silny w tym roku. Zrobiło się naprawdę duszno, to nie jest naturalne, zaniepokoił się... Od kilku godzin gęstniejące powietrze miało w sobie coś złowieszczego. Szedł jednak wytrwale dalej naprzód, mimo  że okaleczona stopa dawała mu się nieco we znaki. Nikomu nie przyznał się do swej ułomności, nawet mamie. Na szczęście chód po operacji i rehabilitacji miał normalny. W Polsce po prostu nie nosił sandałów. Tutaj nie widział go nikt.           

Alina rozpoczęła codzienne ćwiczenia. Wyjęła instrument  z otulającego go futerału. Sprawdzenie dostrojenia, kilka zdecydowanych ruchów przy kołeczkach. Twarde krzesło. Nowy smyczek, dostała go na urodziny. Muszę się dobrze rozegrać - pomyślała.  Zrobiło się jej duszno, jakby ktoś włączył wielką pompę próżniową, która wysysała całe powietrze z sali. Za dwie i pół godziny powinna być w najlepszej formie... Przy takim dyrygencie nie może dać plamy. Ten materiał ma dużo partii dla wiolonczelistów. Spojrzała w szybę i zobaczyła swoje półprzezroczyste odbicie – zmęczoną dziewczynę nie mogącą spotkać się ze swoją największą miłością. Zobaczyła podkrążone oczy, zaniedbaną bladą buzię, nie wyregulowane brwi... Strach, który odczuwa to pewnie strach przed porażką, to ma  źródło w jej wybujałych ambicjach, w jej neurotycznej naturze. Siedziała pochylona, przytłoczona ciężarem dźwięków, który wydawały struny. Tu dududu... Tu dududu... Tu tu tu tutu... dam dam dam... Minuty mijały, palce odzyskiwały sprawność, bez wysiłku wskakiwały już na wyćwiczone pozycje. Jeszcze raz spojrzała w okno i zerwała się irracjonalnie z miejsca. Ten cień znikający za rogiem, niemożliwe by ktoś znalazł mnie tutaj, nie! Spokojnie, to tylko przywidzenie, co prawda nie gram incognito, ale przecież tutaj jest bezpiecznie, najbezpieczniej jak można. Alina znów bierze smyczek i gra. Drzwi zaskrzypiały nagle bez ostrzeżenia.
– Sorki Alina, że przeszkadzam Ci w rozgrzewce, ale ktoś na Ciebie czeka na dole
– Jak to? Kto to? – usta z przerażenia wyschłe i pobielałe, ale opanowuje się, bo przecież nie może tego po sobie pokazywać przy koledze z zespołu.
– Nie wiem, ale z dołu dzwonili żebyś zeszła.
– No to dzięki, Piotrek, już idę.
Wstała, pogładziła z czułością instrument. Blada, napięta jak struna, wyprostowana nadmiernie. Chłopak odprowadził ją spojrzeniem z gatunku “Co jest nie tak, Kotku?”. Doszła do klatki schodowej. Każdy stopień wydawał się jej nieskończonością i mgnieniem. Chyba już wiem, co czują prowadzeni na egzekucję – pomyślała. Zimna gładkość ścian. Szerokie schody, gładkie poręcze, stuk, stuk, stuk obcasów. “I buty buty buty, tupot nóg, jak ptaków oszalałych dziki śpiew”, po rosyjsku  jeszcze dramatyczniej  “Czi slyszisz kak grachocziet sapagi, kak pticy oszaliełylie lietiat?” (tak podając ze słuchu).  Jeszcze jedno piętro. Wróg znalazł ją tutaj – śpiewał strach – to niemożliwe odpierał rozum – tu jest bezpiecznie, nigdy, nigdy tu nie przyjdzie. Trzeba popchnąć te drzwi (odwlekanie nic nie da), popchnąć drzwi i stanąć oko w oko z... (oczywiście nawet w najtrudniejszej sytuacji mózg płata figle i Alinie przychodzą na myśl różne warianty: “ze swoim przeznaczeniem” –  A. Sapkowski,  “ dźwiękiem nieuniknionego” – agent Smith, Matrix, “tajnym współpracownikiem” – R. Giertych, “Romanem Giertychem” – reszta polskich polityków, “Nic to!”- Michał Wołodyjowski). Teraz to już naprawdę musi popchnąć te drzwi.


– Kurwa mać!
– krzyknął w dżungli Marek – Cholera jasna wzięłaby to drzewo!!! – krzyknął ponownie z trudem łapiąc oddech w ciężkim powietrzu. Gdyby był małym chłopcem, na pewno by się rozpłakał. Jak mógł nie zauważyć takiej gałęzi? Jak mógł? Głowa bolała go szpetnie, takie uderzenie mogło rozłupać czaszkę. Lewa strona mózgu bolała go potwornie. Usiadł na ziemi, ćmiło jak cholera. Musi  znaleźć coś zimnego, ale skąd coś zimnego w tym upale? Woda w butelce też już się nagrzała, mimo że niedawno brał ją z chłodnego źródełka. Nożyczki ciepłe, menażki ciepłe. Zatem jednak woda na chustkę. Długo macał kości i powiększającego się w oczach guza. bolało przy poruszaniu głową, bolało przy dotykaniu. W uszach pojawiło się swędzenie i lekki ucisk. Muszę trochę odpocząć, zdecydował. Powinienem  zrobić tu obiad. Wstanę, wyciągnę żarcie, palnik,  ugotuję i będę jadł.  Nie podniósł się jednak i nie zaczął krzątać koło plecaka. Ból, temperatura i dziwna duchota jakby przykuły go do miejsca. W tym punkcie siodłowym  rzeczywistości dokonał przeglądu swej sytuacji. Wychodziło z niego, że mimo wszystko było znośnie. A przecież poczuł się jak w pułapce...

                Usiadł  przy stole i wyciągnął ulubiony album ze zdjęciami. Tu były tylko te najlepsze, starannie wyselekcjonowane z ponad tysiąca. Jej koncert dyplomowy, jak było pięknie... Denerwowała się strasznie, biedactwo. Gaweł wspominał, jak tulił ją, by się uspokoiła. Trzymał  delikatnie w ramionach naprężone nerwami ciałko, szczupłe i mocne, najdroższe, kochane. W tle powolnym życiem płynęły okoliczne uliczki. Dalej czerwieniły się ponure mury cytadeli. Muskał jej kark pocałunkami. Nie, nie twarz... przecież miała dzisiaj staranny makijaż. Oczy, usta, tak szczególnie usta i pachnące pudrem policzki. Miękkie włoski, ten podniecający meszek przykryty kołderką fluidu i różu. W zasadzie Gaweł pomyślał – przykryty jakimiś babskimi kosmetykami  - ale przecież można jednoznacznie ustalić, co to było. Ukryta za tą fasadą, za bliska i  za daleka. Wiedział, że schowała się tam, za ścianą swojego oblicza, za murem kosmetyków. Założyła nawet okulary, choć wiedział, że na co dzień unikała ich noszenia. Panna wyśniona. A potem wielki sukces, dyplom z wyróżnieniem... Pojechali na spacer do Lasku Bielańskiego... ptaki świergoliły miłośnie w czerwcowej ciepłej zieloności, słońce układało się leniwie cętkami na pniach drzew. Szli powoli, spokojnie, nic nie mąciło popołudniowego nastroju. Nawet żądne krwi komary atakowały z mniejszą furią niż zazwyczaj (tylko pięć ukąszeń po spacerze).  Znaleźli przepięknego siarkowca, który mięsistymi żółtymi naciekami spływał z chropowatego pnia dębu. Spytała, czy wie, że tu jest gdzieś magiczna wieża i że jeśli ją znajdą to na pewno spotka ich coś niesamowitego... Nie, zamyślił się, powiedziała chyba “wspaniałego”, nie jednak “niesamowitego”. Trzymając się za ręce wbiegli na skarpę, las zmienił nieco charakter: olchy ustąpiły miejsca sosnom i brzozom. Podłoże stało się suchsze, na dróżce pojawił się pylisty piasek. Co chwila przystawali wypatrując pilnie między drzewami, wydawało im się, że już, już znaleźli ją w prześwicie, ale okazywało się, że to tylko słońce mamiło ich złotymi refleksami. Szukali jej w pośpiechu, trochę bezładnie zmieniając kierunki, małe dróżki na które schodziły niesfornie skręcały i odwracały kierunek ich marszu. Zmęczyli się i wrócili na ścieżkę. Powiedziała mu, że wieżę trudno znaleźć, bo ciągle zmienia miejsce, a kiedy nikt nie widzi ucieka między drzewami. Goni się za nią jak za szczęściem, kiedy jest już blisko – znika, a kiedy się go nie spodziewasz... Gonili chyba za złudą, nie dającym się pochwycić mirażem.  Skupili się teraz na samej  zabawie, w podskokach przemierzali Lasek, łapiąc słoneczne plamy... Prawie na nią wpadli. Stara, chyba jeszcze dziewiętnastowieczna przepompownia ścieków  z zaspawanymi drzwiami. Kiedyś można było zajrzeć do środka, powiedziała z zawodem w głosie, tatuś mnie podnosił i o tutaj było można popatrzeć. I było jeszcze tam kawałek dalej źródełko, ale już go nie ma...  Pamiętał, że posmutniała. Jemu  też się zrobiło smutno i nieprzyjemnie. Zapach przepompowni nie był przyjemny, ot  ścieki. Atmosfera siadła. Wlekli się w milczeniu w kierunku wyjścia. Odezwała się dopiero po kilku minutach – tu były huśtawki, cały rząd czerwonych huśtawek i taki teatr, który się spalił, wtedy to zlikwidowali i zostawili las, żeby się odradzał... Spojrzała mu w oczy i zapytała – dlaczego wszystko się zmienia? Wtedy nie wiedział jeszcze i ona chyba nie wiedziała, pytanie dotyczyło jedynie dzieciństwa, przemijania... Nic więcej, zawsze wierzył, że nic więcej. Potem pojechała na ten swój obóz, po raz pierwszy była w dorosłej, odpowiedzialnej roli  “funkcyjnej”,  już nie jako uczestnik, teraz miała pomagać kadrze w organizowaniu programu. A kiedy wróciła...    
“ To było tak jak zaćmienie słońca w sercu, przestała naraz widzieć mnie,
To było tak, jak trzęsienie ziemi w Peru, przestała naraz słyszeć mnie,
To było tak, jak o latarnię morską, rozbija się wędrowny ptak,
W największą ciemność strącił mnie największy blask.”  I tyle. Jak zwykle przeszedł go dreszcz, włoski na rękach podniosły się, napędzane niewidzialną siłą. Siedział teraz zjeżony, zrobiło mu się chłodno, jego organizm włączył  program “bolesny stan świadomości”.  Wiedziony wyćwiczonym odruchem warunkowym poczłapał w stronę starego magnetofonu. Chwilę grzebał w stercie kaset, tak dla formalności, bo przecież wiedział, że leży pod zielonym kocem,  leży schowane pod zielonym kocem, leży schowane przed nim samym, w chwilach dokładnie takich jak ta. Powoli wyciągał rękę w tamtą stronę... Zatrzymał ją w pół gestu, aby choć raz przerwać ten magiczny krąg. Zdecydowane palce nie słuchały jednak mózgu i sunęły w kierunku ciemnej szparki. Poczuł mdlący przypływ pożądania. MUSZĘ JĄ NATYCHMIAST ZOBACZYĆ!!! CHCĘ WIDZIEĆ  JAK GRA, JAK CZULE DOTYKA INSTRUMENTU, JAK  ZMĘCZONA ODGARNIA WŁOSY Z CZOŁA... Gaweł  tylko częściowo zdawał sobie sprawę, że krzyczenie do narratora “caps lockiem”  jest  niekulturalne i w dodatku nie zawsze skuteczne. Sms-ów  też nie powinno się pisać  “caps lockiem”...  Wzdrygnął się, opuścił rękę, która jeszcze niedawno pewnie sunęła do celu. Przed chwilą wydawało mu się, że słyszy wewnętrzny głos: Gawle! Gawle! Jeśli chcesz ją zobaczyć, to wszystko zależy od Ciebie!  A gówno prawda! - pomyślał - wszystko jest  zdeterminowane, nic nie zależy ode mnie, nic!. Szybko przypomniał sobie najważniejsze sprawy: rodzina, kierunek studiów, Alina, beznadziejna sytuacja obecna.  To powinno przekonać nawet największych entuzjastów stwierdzenia: “Każdy jest kowalem własnego losu”, że on Gaweł nie ma żadnego wpływu na swe nędzne życie. Oj Gawle! Gawle! Ciężko się z tobą gada…
Gaweł popatrzył niepewnie w sufit – to chyba początki schizofrenii – pomyślał z wrodzoną sobie hipochondrią. Nie wiadomo kiedy kaseta znalazła się w magnetofonie.  Stare, dobrze znane piosenki oswajały na nowo żal i niedosyt. Alina w żelaznym repertuarze poezji śpiewanej. Typowe wydawnictwo jednego egzemplarza. I jeszcze dedykacja.  Zastanowił się, jak teraz zinterpretowałaby te utwory, chętnie by jej o to zapytał. Pogadał.  To było naturalne, jak powietrze do oddychania – musi ją zobaczyć. Cóż z tego, przecież nie wie gdzie jej szukać. Telefon Ośle! Tym razem kupił podpowiedź bez ociągania. S#  A  Tu Alina Jott po usłyszeniu sygnału zostaw wiadomość.”  No to klapa. Nie! Przecież na pewno jest teraz na próbie... Po prostu pójdzie tam i ją zobaczy. To takie proste – właściwie wszystko wie... Zaśmiał się raptowyn urywanym śmiechem – to takie proste. Rozwiązanie w zasięgu ręki, tak nagle. Pójdzie i zobaczy ją – porozmawia chwilę. To przecież normalne odwiedzi koleżankę. Tylko tyle i aż tyle. Delikatnie da jej do zrozumienia, że pozostaje do jej wyłącznej dyspozycji. Decyzja zapadła. Ubrał się i wyszedł z domu. Każdy krok ciążył ołowiem i narastał wielką lepką gulą w przełyku, ale  nie było już odwrotu. Stopy wybijały chaotyczny rytm, był coraz bliżej. Kryzys przyszedł koło byłego kina Relax i fala paniki ogarnęła Gawła. Stanął, a potem powolutku czytał filmowe afisze.  Wtem wzdrygnął się i ruszył znów naprzód.


–  Ach! to ty! Co ty tu robisz? Dlaczego wyciągnąłeś mnie z próby?
– Przechodziłem tu przypadkiem i myślałem... to znaczy wydawało mi się... to znaczy myślałem... chyba nawet mogę powiedzieć... chciałem Cię zobaczyć... to znaczy... yyy... odwiedzić i po.. pogadać. Albo nawet wiesz umówić się w innym terminie, bo pewnie jesteś teraz zajęta i nie masz czasu, niepotrzebnieCiprzeszkadzałemwogólewieszniechciałemtego.. 
– Słucham? Dobrze się czujesz? Przepraszam Cię, ale nie będę mogła długo gadać, bo jestem w pracy. – Tak? Ach tak... Prawda. Nie chciałem Ci przeszkadzać.
– Słuchaj, może usiądziemy tu na chwilę. A Ty nie jesteś w pracy o tej porze?
– Eeee... Nie ja wiesz... pracuję raczej wieczorami...no i trochę w domu, też. Szukam swojej drogi. Teraz ciężko się przebić. Nie mówmy o tym teraz, to temat na inną rozmowę.
– Ale masz do mnie jakąś konkretną sprawę?
– Nie... Po prostu myślałem, że moglibyśmy się spotkać i pogadać jak... jak kiedyś.
– Słuchaj, możemy skoczyć na kawę w przyszłym tygodniu. Do piątku mam straszny sajgon, ale po niedzieli to spokojnie.
– Dobra, to tak się umówmy. Ty zadzwonisz, czy ja mam zadzwonić?
– Zadzwoń w poniedziałek, będę już znała swój rozkład tygodnia.
– Dobra, dobra to ja już chyba będę leciał... Sorry, że Ci przeszkodziłem.
– Nie ma sprawy, dzięki że wpadłeś, tylko, że ja nie bardzo mogę, wiesz, tak wychodzić podczas próby, więc raczej wolałabym... to znaczy jeśli będziesz miał pilną sprawę, raczej.
– Ok, spoko, jeszcze raz sorry i usłyszenia w poniedziałek. Cześć
– Cześć   
Gaweł przeklinał własny debilizm. Zdolność do wpadania na najgorsze możliwe pomysły. Przecież wiadomo, że w ten sposób nic nie osiągnie. Ponownie się skompromitował, jak tyle już razy w ciągu ostatnich pięciu lat. Wszystko wokół denerwowało go strasznie!

cdn.