Ameryka Południowa 2008 - Chile i Argentyna
3W – Wulkany, Wino i Wołowina Notatki z podróży
SCL
Niedługo przed lądowaniem w Santiago de Chile przelatujemy nad Andami, widać szczyt Aconcagua.. Pierwsze dwa dni poświęcamy na poznanie miasta. W centrum można zobaczyć sporo ciekawych uliczek, pałac prezydencki „La Moneda” oraz niezrównany targ „Mercado Central”. Dla mnie jednak najbardziej niesamowity w Santiago jest cmentarz „La Recoleta”. Bogate rodziny mają własne, kilkunastoosobowe mauzolea, biedniejsi muszą się zadowolić miejscami w wielopoziomowym pawilonie cmentarnym.
Araukarie, jeziora i wulkany
Trzeciego dnia ruszamy na południe, w cztery osoby, wynajętym samochodem. Autostradą („Ruta 5”), która jak kręgosłup biegnie przez cały kraj z północny na południe, aż do krainy araukarii, jezior i wulkanów. Potem bocznymi, często szutrowymi drogami pokonując szlak krajobrazowy „Ruta inter lagos”. W Parku Narodowym Conguillo, chcemy zobaczyć z bliska, spowity chmurami po niedawnej erupcji, potężny wulkan Llaima. Niestety zostajemy zawróceni ze względu na zagrożenie wybuchem. Za to poznajemy pięciokilometrowy tunel „Las Raices”, zbudowany pierwotnie na potrzeby kolei i tak wąski, że ruch odbywa się wahadłowo.
Dalej przez Narodowy Rezerwat Jeziora Gualletue, z którego wypływa, czczona przez miejscowych indian – Mapuczów, rzeka Bio-Bio. Nieopodal spotykamy pierwsze prawdziwe pola lawowe.
Mapucze to waleczne plemię – aż do czasów nowożytnych nie poddali się kolonizacji i rozwinęli silny ruch oporu. Indianie z tych stron robili mąkę z nasion drzew araukariowych.
Villarica
W Pucón aranżujemy wycieczkę na czynny wulkan Villarica. Ze względów bezpieczeństwa każdy turysta powinien mieć raki, czekan i hełm, a na sześć osób przypada jeden przewodnik.
Przed wspinaczką postanawiamy zażyć kąpieli w źródłach termalnych, których jest sporo w tym rejonie. Wybieramy termy „los Pozones”, które zachowały naturalny charakter.
Następnego ranka świeci słońce, a z wulkanu wydobywa się lekka smużka dymu. Warunki idealne. O 7.30 wyruszamy. Jazda wyciągiem krzesełkowym to sama przyjemność, ale następne 1000 m wysokości musimy podejść pieszo. Po godzinie docieramy pod lodowiec. Zakładamy raki i uczymy się posługiwać czekanem. Omijamy groźne szczeliny. Około 300 m przed szczytem lodowiec się kończy i idziemy po miejscami sypkim, miejscami zastygłym materiale wulkanicznym w różnych odcieniach czerni, szarości i czerwieni.
Wreszcie szczyt – 2840 m n.p.m. Podziwiamy rozległą panoramę okolicy, widać kilkanaście dużych wulkanów i jezior. Mamy jeszcze dość czasu by obejść krater dookoła. Niestety tego dnia nie widać świeżej lawy, ale za to siarkowe gazy wulkaniczne wydobywają się z taką mocą, że zatyka dech w piersiach.
Przy zejściu zakładamy specjalne kombinezony, w których zjeżdżamy śniegowymi rynnami po lodowcu. Dalej przewodnik prowadzi nas autorsko ostrym żlebem. Kolega osuwa się kilkanaście metrów po piarżysku, ale wychodzi z tego bez szwanku.
Samochód z napędem na 4 koła
Przeprawa przez Park Narodowy Villarica. Wokół araukarie i polna droga pełna wykrotów i przeszkód. Tutaj naprawdę przydaje się napęd na cztery koła. Na drzewach rośnie śmieszny porost, wygląda jak kłaczki waty, albo siwa broda.
Kolejny dzień – podjazd pod wulkan Casa Blanca. Do samego krateru idziemy jednak pieszo. Skały porośnięte są trawą i krzewinkami. W dole widzimy lasy i chmury.
W drodze powrotnej z przyjemnością kąpiemy się w jeziorkach. Tutejsze jeziora mają zróżnicowany charakter – każde ma inna temperaturę wody, głębokość, rodzaj dna i roślinności.
Wyspa na Pacyfiku
Spontanicznie decydujemy się pojechać na Isla Grande de Chiloé, największą z wysp archipelagu Chiloé. W okolicach Ancud, odwiedzamy kolonię pingwinów. Na plaży wynajmujemy łódkę i ruszamy w rejs, by podziwiać granatowe wody oceanu, falujące łany wodorostów, pingwiny Magellana i Humbolta, cztery gatunki kormoranów oraz liczne mniejsze ptactwo.
W Castro oglądamy palafitos – nadbrzeżne domki na palach, do których najlepiej dopłynąć łodzią. Ich ściany pokryte są drewnianym gontem i pomalowane w żywe barwy. Inną osobliwością Chiloé są przepiękne drewniane kościoły wpisane na listę UNESCO – najokazalszy z nich stoi w Castro. Z wierzchu polichromowany, wewnątrz wykończony surowym drewnem i werystycznymi rzeźbami.
Ostatnia noc na wulkanie
Ten etap podróży dobiega końca. Przyjaciele z samochodem wracają do Santiago. Ostatnią wspólną noc spędzamy na stokach wulkanu Osorno, w schronisku położonym tuż pod granicą poszczelinionego lodowca. Poniżej okolica nosi jeszcze ślady erupcji sprzed 150 lat. Karłowate drzewka z trudem odbudowują zniszczony las. Z góry – piękny widok na największe jezioro w okolicy – Llanquihue. Wieczór pełen atrakcji. Kąpiemy się w wielkiej podgrzewanej balii i obserwujemy przepiękne egzotyczne południowe niebo. Widać Krzyż Południa.
Przejście transandyjskie
Od tej pory zmieniamy się w „trekkersów”, niosących cały dobytek w plecakach i przedzierających się przez Andy. Dzięki podwózce pick-upem i 12 km marszu, nocujemy w już w Argentynie nad Lago Frias.
Następnego dnia idziemy dnem doliny po wilgotnym, bujnym lesie. Oprócz drzew rosną tu wielkie trawy podobne do azjatyckich bambusów. Drogę często blokują powalone pnie i ryzykowne kładki na strumykach. Zaczyna porządnie padać. Mimo odzieży ochronnej jesteśmy cali mokrzy, a pokrowiec na plecak Marcina wręcz gromadzi wodę i namaka mu śpiwór. Na szczęście następnego ranka pogoda trwale się poprawia i możemy podziwiać Monte Tronador, czyli Górę Grzmotów, zwaną tak z powodu głośnych lodospadów. Mijamy Paso de Las Nubes (Przełęcz Chmur) i trafiamy na „mallin”, czyli bagno, przez które wiedzie oficjalny szlak. Kilkaset metrów brniemy do pół łydki w ciepłym błocie i zimnej wodzie.
Idziemy tak cały tydzień. Wieczorem rozbijamy namiot i szykujemy skromną kolację. Dni upływają nam w trudzie wspinaczki. Kąpiemy się w górskich, polodowcowych jeziorkach. Idziemy przez lasy i skały, pali nas słońce.
Przedostatniego dnia czeka nas największe wyzwanie. Podchodzimy pod Cerro Lopez. Szlak wiedzie stromo, bardzo stromo w górę, ku skalnym grzebieniom, przez niebezpieczne, osuwające się, rumowisko. Nad nami siedzą wysoko na grani kondory, wypatrując może naszej porażki.
Za przełęczą ukazuje się jezioro Nahuel Huapi i w oddali miasto Bariloche. Jeszcze dzień drogi dzieli nas od wina i wołowiny.
Wołowina
Bariloche wita nas niespokojną, wietrzną pogodą. Jak przyjemnie jest teraz usiąść w zacisznej knajpie i delektować się świeżymi stekami. Argentyńczycy kochają wołowinę. Istnieje niezliczona ilość rodzajów i odmian steków. Krowy pasą się na bezkresnej pampie, bez sztucznej paszy i nadmiernej ingerencji człowieka. Mięso jest soczyste i delikatne.
Główny posiłek wypada tu wieczorem, około 21.00. Całe rodziny, nawet z małymi dziećmi, wychodzą do restauracji, gdzie smakowite mięsa opiekają się na grillu, stoły uginają się od sałatek, a wino leje strumieniami. Po takiej uczcie, rano pije się tylko kawę i je croissanta. Pożywnego steka można przekąsić dopiero w porze lunchu.
Prawdopodobnie największa koncentracja stożków
W dalszą drogę wyjeżdżamy komfortowym pól-sypialnym autobusem. Za oknami bezkresna pampa. Widok psują tylko wszechobecne płoty. Zarówno w Argentynie, jak i w Chile wszystko jest pogrodzone. Najczęściej zwykłym drutem kolczastym, budzącym w nas nieprzyjemne skojarzenia.
Docieramy do Malargüe, malutkiego miasteczka, stanowiącego doskonała bazę wypadowa do Parku Prowincjonalnego Payhuña, gdzie podobno występuje największa koncentracja stożków wulkanicznych na świecie (ponad 800 w jednym miejscu). Wybieramy się tam busem, z wycieczką. Otóż w Argentynie, przy drogach spotkać można dziwne kapliczki, niektóre pełne butelek z wodą, inne całe w czerwonych flagach. Są to miejsca kultu ludowych „świętych”, znanych jako: Difunta Correa i gaucho Antonio Gil. Difunta zmarła z pragnienia na pustyni, ale jej maleńki synek przeżył, bo jej piersi nie przestały nawet po śmierci produkować pokarmu. Gaucho Antonio Gil to tamtejszy odpowiednik naszego Janosika. Gdy przyszło mu umierać, powiedział katu, że jeśli tamten pogrzebie jego ciało (co nie było wtedy w zwyczaju względem skazańców), to uratuje życie śmiertelnie chorego syna. Kat pogrzebał ciało i cud się zdarzył.
Tymczasem docieramy do pierwszej atrakcji – kanionu głębokiego na około 20 m, który wyżłobiła rzeka w polu lawowym. To okazja do spaceru po okolicy. Spotykamy sporo zwierząt, głównie stada guanako, krewnych lamy, ale też bliskie kuzynki szynszyli – wiskacze , wyglądające jak króliki z długimi ogonami.
Wycieczki robią koło po parku, tak aby objechać wszystkie najciekawsze utwory wulkaniczne. Oglądamy wielkie bomby i drobny niczym żwirek materiał piroklastyczny o czarnej lub czerwonej barwie, poprzetykany kępkami jasnej wypłowiałej trawy oraz rzeźby wulkaniczne o fantastycznie powyginanych kształtach.
Idziemy też obejrzeć wygasły krater i wypływającą z niego rzekę zastygłej lawy.
Wino
Semana Santa (Wielki Tydzień) postanawiamy spędzić w Mendozie. To urokliwe miasto pełne drzew, które tworzą cieniste parasole nad ulicami. Na placach – najważniejszy to Plaza Independencia – skupia się miejscowe życie kulturalne. Gwar i śmiechy, towarzyszące występom ulicznych artystów słychać do późnej nocy. Wielki jest też wybór restauracji i kawiarni, które serwują najprzedniejsze posiłki.
Region Mendozy to wino i winnice. Trzy czwarte argentyńskiej produkcji wina powstaje tutaj. Autobusem podmiejskim wybieramy się na zwiedzanie winiarni połączone z degustacją. Przy „Bodega La Rural” znajduje się wspaniałe muzeum wina, gdzie najstarsze eksponaty pochodzą nawet z XVII wieku. Fascynujący jest też współczesny, zmechanizowany proces produkcji. Mechanicznie odszypułkowane owoce trafiają do wielkich srebrnych sokowirówek.
Osobny artykuł poświęcony winnicom Mendozy napisałam dla portalu miłośników wina http://www.wineo.pl/
Rafting i do domu
W Mendozie wybieramy się na rafting, standardową trasą 12 km (około 1 godzina w wodzie). Rzeki w tym regionie, szczególnie Rio Mendoza świetnie nadają się do uprawiania tego sportu. Mimo chłodnej i pochmurnej pogody spływ udaje się znakomicie – emocje rozgrzewają. Oczywiście od chlapiącej wody jesteśmy całkiem przemoczeni. Radzimy sobie z wartkim nurtem brązowej, mulistej rzeki i doświadczamy zalet pracy zespołowej. Raźne pchnięcia wiosłami pomagają utrzymać się na fali.
Zbliża się czas powrotu. Do Santiago jedziemy autobusem przez Andy, wspaniałymi krętymi serpentynami efektownie oplatającymi wzgórza. Droga prowadzi przez tunel na wysokości 3 300 m n.p.m.
Ostatni rzut oka na Andy, już z powrotnego samolotu...
Tekst: Luiza Wojciechowska-Konopka
Zdjęcia: Luiza Wojciechowska-Konopka, Marcin Konopka
Za wyjątkiem:
– tunel_las_raices, ludzie nad Pacyfikiem – Paweł Pietrukowicz
– zdjęcia z raftingu – agencja turystyczna Rios Andinos
Powrót do spisu wielkich wypraw































































































